niedziela, 3 lipca 2011

Łowiczanka jedna...


Pochmurny, niedzielny poranek, leje jak z cebra. Maua podeszła do sprawy ambicjonalnie i skoro obiecała to i pojechała na warsztaty łowickie z Mua. No i chyba jej się spodobało, bo stworzyła swoją pierwszą trully łowicką wycinankę, z kogutami, kolorową, wypasioną. Ta druga to z kolei moja ulubiona. Trochę jak teatr cieni, i trochę bardziej pasuje do naszego mieszkanka. Może stworzę coś odpowiedniego i powiesimy na ścianie...
A, zapomniałabym! W czasie gdy Maua wycinała, ja próbowałam swoich sił w hafcie maszynowym (bez oszałamiających rezultatów) i garncarstwie. To COŚ ... jest moje i już. Mój pierwszy dzbanek, bez ucha. ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz